[Rozmiar: 2386 bajtów]

O. ZDZISŁAW REGULSKI OFM

Nekrolog

Dnia 15 maja 1993 r. zmarł o. Zdzisław Regulski. Miał 56 lat, w kapłaństwie przeżył 29 lat. Pogrzeb odbył się 17 maja 1993 roku w Jarocinie.

O. Zdzisław po odprawieniu rekolekcji zakonnych w klasztorze poznańskim udał się na dwa dni do rodziny mieszkającej w Jarocinie. Wrócił do Poznania, aby wziąć udział w święceniach kapłańskich naszych braci kleryków. Podczas powrotu do Kolana (k. Wieżycy) w Pile zasłabł. Przewieziony do miejscowego szpitala przeżył silny zawał mięśnia sercowego i wylew. Do końca nie odzyskał przytomności.

Zmarły o. Zdzisław urodził się 7 listopada 1937 roku w Siedleminie jako syn Feliksa i Rozalii z d. Mikołajczak. W roku szkolnym 1951/52 rozpoczął naukę w Niższym Seminarium w Jarocinie. Po zlikwidowaniu Kolegium Serafickiego dnia 26 grudnia 1952 roku rozpoczął w Osiecznej nowicjat. Po jego ukończeniu uzupełniał wykształcenie w zakresie szkoły średniej w Rybniku. W latach 1956/1959 odbył studia filozoficzne w WSD w Opolu i zdał jednocześnie państwowy egzamin maturalny. Dnia 8 września 1959 r. w kościele klasztornym w Opolu złożył profesję uroczystą. Studia teologiczne odbył w WSD w Katowicach-Panewnikach. Tam też dnia 9 lipca 1963 r. przyjmuje święcenia kapłańskie. Po święceniach pracuje duszpastersko w Wieluniu, Poznaniu, Kobylinie (wikary domu), Miejskiej Górce. W okresie od 1 czerwca 1978 r. do 8 czerwca 1986 r. przebywał w Woźnikach. Był pierwszym po bardzo wielu latach zakonnikiem w tym klasztorze. Rozpoczął odbudowę obiektu klasztorno-kościelnego w Woźnikach. Po opuszczeniu Woźnik był spowiednikiem w Katowicach-Panewnikach, stacjonariuszem we Wronkach. Tu też był wikarym domu i gwardianem. W 1991 r. wstąpił do Prowincji św. Franciszka z Asyżu. Od 10 lipca 1991 r. do chwili śmierci był przełożonym w Kolanie k. Wieżycy.

Wspomina mieszkanka Woźnik pani Kazimiera Grzelakowa

Czy pani mogłaby powiedzieć o początkach pobytu o. Zdzisława w Woźnikach?

- Gdy tu przybył nie miał gdzie spać. Urządził sobie mieszkanie w zakrystii… tam spał i to było jego mieszkanie. My nosiliśmy mu z wioski jedzenie bo nie miał skąd brać.

Cała wieś się w to angażowała?

- Tak byli chętni, ale nie będę się wypowiadała kto...

Jak mieszkańcy Woźnik przyjęli ojca Zdzisława?

- Bardzo przyjemnie i dobrze. Gdy spał w zakrystii raz ze sufitu coś spadło mu na głowę. Był to kawałek tynku. Bardzo go to zaciekawiło, zaczął się temu przyglądać i w końcu zeskrobał warstwę kredy i wtedy okazało się, że pod nią była Wieczerza Pańska. Wszystko było zniszczone tak, że nie miał gdzie mieszkać wiec jeszcze długo spał w zakrystii.

A pamięta pani kiedy ojciec Zdzisław tutaj przyszedł?

- Dokładnie kiedy on przyszedł to nie mogę powiedzieć… ale, że Franciszkanie tu byli już 11 czerwca. To było dwa lata po tym jak Kościół zaczął się rozwijać. W 1978 roku przyjeżdżał z Poznania ks. Lewandowski i tu odprawił pierwszą Mszę pod figurą Matki Boskiej przed Kościołem. Później dopiero wszystko zaczęło się rozwijać.

Czy ojciec Zdzisław miał ministrantów?

- Byli ministranci i pomocnicy do pracy.

A kto?

- Byli dwaj moi synowie Mietek i Maciej, Sławek Szeszuły, było ich więcej. Tak, że byli potrzebni do pracy, bo tam trzeba było porządkować ten cały Kościół i przed Kościołem bo to wszystko było porysowane i pokreślone na wszystkie kierunki.

Jak zorganizował młodzież?

Także z młodzieżą się spotykał i rozmawiał. Chciał by przychodziło jak najwięcej młodzieży. Maryś Janecki i wszyscy tam byli, i chętnie pomagali w porządkach i przy lasowaniu wapna także tych ministrantów miał więcej.

Czy pamięta pani jakieś szczególne wydarzenie związane z ojcem Zdzisławem?

- 10 maja 1981 roku nasze dzieci z wioski szły tutaj do Pierwszej Komunii Świętej. Tylko jeden jedyny raz była tutaj Pierwsza Komunia dzieci. Siódemka dzieci przystąpiła wtedy do Komunii. Później były też w stanie wojennym Komunie ale potajemnie. Młodzież była potrzebna żeby z nim współpracować. On bardzo z młodzieżą był zżyty. Było wielu ministrantów i pracowników. Po ojcu Zdzisławie odbudowę prowadził ojciec Błażej, on się tym zajmował.

To ojciec Zdzisław musiał w sobie mieć coś takiego co przyciągało młodzież. Może pani powie jaki on był…

- Był taki wesoły, uśmiechnięty. Przed Kościołem pytał ludzi jak tam w rodzinie. Mówił tak „Jakby w domu garnki nie latały to było by nudno” ale mówił też, że róża jest piękna ale ma kolce, więc dlatego musimy wszystko przyjmować. No i dużo z młodzieżą wyjeżdżał, tak samo jak teraz ojciec Alojzy. Także młodzież go bardzo kochała. Wszystkie zdjęcia przedstawiające jak ten kościół wtedy wyglądał dałam br. Zygmuntowi. Wcale nie było przybudówki, był tylko sam Kościół. Nie było też ogrodu. Dużo czasu minęło nim wszystko zaczęło wracać. Nikt nie chciał za darmo dać. Musieli za wszystko płacić. Nasza monstrancja była w Kościele parafialnym w Ptaszkowie. Musieli za nią zapłacić 75 tys. zł. Była to wówczas masa pieniędzy. Rozbudowa i upiększenie, by wszystko wróciło jak było kiedyś jest zasługą 18 zakonów zagranicznych i naszych. Ołtarz ze Skórzewa już nie wróci bo tam jest głównym ołtarzem. Nasz główny ołtarz miał być rozsuwany tak samo jak w Częstochowie, Matki Boskiej. Obraz, który jest teraz w głównym ołtarzu miał być podnoszony i opuszczany, ale tego już nie można było zrobić. Za ołtarzem głównym jest kopia tego obrazu.

Może pamięta pani jakieś kazanie ojca Zdzisława?

- Kazania zawsze były ciekawe, bo on umiał mówić do ludzi. Mówił dużo, jak obecny gwardian ojciec Jesse, któremu wszystko się rymuje Podobnie mówił ojciec Zdzisław.. Bardzo był otwarty, nawet powiedział, że gdyby umarł to chce być tu z tyłu za Klasztorem pochowany, ale po jego śmierci rodzina się na to nie zgodziła. My z Władzią żeśmy chodziły, bo i ołtarz w kwiaty żeśmy ubierały i obrusy szyłam i porządkowaliśmy w kościele. Tak było co tydzień aż nim przyszedł jako gwardian o. Sylwin. Przed odpustem św. Antoniego pojechałam po kwiaty do Daków. Przywiozłam zwykłe turki, którymi ubrałam ołtarz i ojciec był bardzo zadowolony. Ładnie wyglądało w tym Kościele. Początkowo nawet nie było nawet tabernakulum. Był pień drzewa a na nim Pan Jezus i miejsce na tabernakulum. Wszystkie zdjęcia dałam Zygmuntowi. Także gdzie były ołtarze na Boże Ciało. Gdy robiliśmy te ołtarze, młodzież wycinała litery i obrazy, które później było ładnie przypinane. Ołtarze były ustawione wkoło Kościoła, a później od Kościoła na dół, dwa były po stronie lewej a dwa po prawej. Było wyznaczone kto miał je robić.

Czy to prawda, że gdzieś są pochowane wszystkie obrazy?

- Oni się nie mogą doszukać wszystkiego, jest nawet podobno tunel łączący nasz Klasztor z Kościołem w Grodzisku koło poczty tylko boją się tam iść bo nie wiadomo czy nie jest zawalony. Wejdziesz i nie wiesz czy wyjdziesz…

Wracając do ojca Zdzisława… to z tego wszystkiego co pani powiedziała to wynika, że on nie był takim zwykłym człowiekiem, był takim, który umiał przyciągnąć ludzi.

- Tak umiał rozmawiać z ludźmi…

Więc on był pierwszym gwardianem. Potem był ojciec Błażej następnie ojciec Sylwin, później ojciec Atanazy, brat Zygmunt, ojciec Joachim i teraz ojciec Jesse. Czy ojciec Zdzisław sam sobie gotował?

- Nie, miał kucharkę. Nazwiska nie pamiętam ale na imię miała chyba Teresa.

A jak sobie ojciec Zdzisław radził z praniem i sprzątaniem?

- W klasztorze była pralka, ale obrusy wozili do pralni. Przychodziliśmy z wioski pomagać w sprzątaniu kościoła przed odpustami. Odpusty były na Św. Antoniego i na Św. Franciszka. Nie było odpustu na Matki Bożej Anielskiej. Pamiętam, że ojciec Zdzisław zmarł gdy byłam w szpitalu i nie mogłam pojechać na pogrzeb. Pamiętam, że gdy wcześniej zachorował, nie pamiętam w którym to było roku pojechaliśmy go odwiedzić i ojciec Zdzisław bardzo się ucieszył.

A w jakim wieku zmarł?

- 56 lat miał…

A jak pani myśli co było jego największym osiągnięciem tu na Wyrwale, co zapadło do dziś w pamięci…

- To właśnie on postawił wszystkie fundamenty…

A czy za czasów ojca Zdzisława dużo ludzi tu przyjeżdżało?

- Tak, bardzo dużo…tyle co teraz ze wszystkich stron Woźniki były daleko i szeroko znane…

A ilu ojców i braci było tutaj za ojca Zdzisława?

- Bywało tu wielu kleryków, ojców i braci.

Tak… bardzo dziękujemy za rozmowę.

Rozmowę przeprowadziły: Agnieszka Lulka i Klaudia Sosińska

Wspomnienia pana Andrzeja Matuszewskiego
z Dąbrowy koło Miejskiej Górki

Chciałby opowiedzieć historię ojca Zdzisława, który przez krótki okres był w klasztorze na Goruszkach koło Miejskiej Górki, a później został przeniesiony, żeby odbudować klasztor w Woźnikach na wzgórzu Wyrwał. Utrzymywałem z ojcem Zdzisławem bardzo serdeczny kontakt. Był to człowiek wrażliwy, nieprzeciętnego pokroju i inteligencji. Pokrótce opowiem jego historię.

Ojciec Zdzisław, jadąc do Woźnik, dostaje wiadomość, że ksiądz z Poznania, który opiekował się tym kościółkiem w Woźnikach, da temu, który tam przyjdzie, samochód, i rzeczywiście o. Zdzisław dostał od niego fiata. Ojciec Zdzisław zabiera ze sobą z Miejskiej Górki pana Franciszka Kapałę. Przyjeżdżając do Woźnik, zobaczył obraz zrujnowanego klasztoru i kościoła. W kościele jest siano, jakieś maszyny rolnicze, wszystko to użytkują myśliwi. Klasztor był zdewastowany, mieszkały tam owce, jakieś inne zwierzęta. Ojciec Zdzisław zamieszkał z panem Franciszkiem Kapałą, człowiekiem który miał wówczas około 70 lat, w zakrystii kościoła. Tam rozpoczynają prace. Zaczynają od klasztoru, w którym zrywają stare, zniszczone przez zwierzęta podłogi, remontują sobie pokój i kuchnię. Przenoszą się do klasztoru z zakrystii i zaczynają remonty od kościoła. Wyrzucają wszystko z kościoła, zakładają betonową posadzkę. Za ławki służą pnie drzew przeciętych na pół, a ołtarz jest zrobiony ze starej suchej lipy, która leżała tam opodal na łąkach. W dniu, kiedy ma zostać poświęcony kościół, na lipie zostaje powieszony krzyż. Na przyjazd biskupa sucha lipa, która stoi na betonie, a która przeleżała ileś lat na łące, wypuszcza gałązkę z trzema listkami. Byłem tego świadkiem i mogę to potwierdzić.

Po poświęceniu kościoła o. Zdzisław remontuje zakrystię. Kościół cały został uznany za zabytek klasy zerowej. Nadzór nad nim sprawuje pani konserwator zabytków z Poznania. Któregoś dnia o. Zdzisław wchodzi do zakrystii i patrzy się na sklepienie sufitu, i widzi jakąś czarną plamę, i zaczyna to go ciekawić, co tam jest. Bierze jakieś tam rusztowanie i zaczyna skrobać łopatką. Ta czarna plama okazuje się okiem Judasza. Gdy wszystko zeskrobuje, o. Zdzisław odkrywa obraz Ostatniej Wieczerzy. Jak to zrobił, i cały obraz był odkryty, a ten obraz był przykryty wapnem, bo użytkujący kościół myśliwi wybieli to wapnem, by było tu czysto, wtedy zastanowił się, że zrobił wielki błąd a pani konserwator zapyta go o to i da mu za swoje. Ojciec Zdzisław wymyśla figiel. Przyjeżdża pani konserwator, patrzy na to i mówi: „kto to zrobił?”. A o. Zdzisław, bojąc się bardzo tej pani, mówi: „no pracownicy to odkryli”. A ona tak patrzy i mówi: „wie co ojciec, to jest fachowo zrobione”. I ojciec zamiast dostać pochwałę, zrzucił to na kogoś.

Rzeczy, które dzieją się w Woźnikach, trudno po ludzku zrozumieć i wytłumaczyć. Kościół zaczynał o. Zdzisław remontować od dachu, bo dach zaciekał, no ale potrzebne były dachówki. Ojciec Zdzisław pracował w ubraniu roboczym, mieszając panu Kapale zaprawę murarską. Na głównej drodze prowadzącej do Woźnik stał krzyż z tabliczką: „Turysto w miejscowości Woźniki znajduje się zabytkowy klasztor klasy zerowej”. Ojciec Zdzisław pomaga wujowi – tak wszyscy nazywali pana Kapałę. Wuja tynkuje w klasztorze, i przyjeżdżają turyści, i o. Zdzisław opowiada im historię klasztoru, co, jak i kiedy, i mówi – mam duży problem, bo mi dach zacieka, i nie mam dachówki. A pan, który przyjechał z rodziną, mówi: już nie ma ksiądz problemu, bo ja rozebrałem stare stodoły i u mnie dachówek jest tyle, ile ojciec zechce. No to o. Zdzisław ma problem z głowy.

Założyli dachówki, ale co z tego, dziurawe są rynny, wkoło cieknie woda po murach kościoła. I znowu przyjeżdżają turyści. Ojciec Zdzisław opowiada historię tak jak wszystkim i mówi, że ma duży problem, bo na tej wysokości ma założyć rynny i nie wie, jak to ma zrobić. A pan do niego się odzywa: proszę księdza, ksiądz już nie ma problemu, ja jestem komendantem szkoły pożarniczej w Poznaniu i tu przyjadą strażacy z dźwigami i oni to zrobią. W ten sposób o. Zdzisław ma założone rynny. Jak wiadomo, kościół jest wybudowany na wzgórzu, które zostało usypane i jego konstrukcja zaczyna pękać, są zarysowania na ścianach. Były potrzebne prace w celu ratowania kościoła, ale od czego zacząć? O. Zdzisław opowiada historię kolejnej grupie turystów. Ojciec Zdzisław mówi, że nie ma żadnych planów ratowania kościoła. A człowiek, który przyjechał, mówi: „nie masz, ojciec, problemów, bo ja te plany mam, bo je robiłem ileś lat wstecz”. W ten sposób o. Zdzisław dostał plany.

Potem o. Zdzisław z panem Kapałą wyremontował klasztor, wytynkowali ściany w kościele, w którym ustawiono ołtarz zrobiony z bardzo dużego przeciętego na pół, o średnicy około 1,50 metra drzewa. Moja żona mówi ojcu, że ten ołtarz jest w kształcie łodzi, bo takie było wybrzuszenie, że przypominał kształtem łódź. A o. Zdzisław mówi: „to coś fantastycznego, bo nawet ja na to nie zwróciłem uwagi”.

Któregoś dnia pan Kapała mówi: „wiesz, ojcze, ja bym chciał pojechać do domu do Miejskiej Górki” a u o. Zdzisława ani pieniędzy, ani benzyny w samochodzie. Mówi jednak: „wujku, pojedziemy, ja cię zawiozę” – nie chciał człowiekowi sprawiać przykrości. Zaczął główkować, skąd wziąć teraz pieniądze. Urabia zaprawę murarską w roboczym ubraniu, opryskany od wapna, podjeżdżają samochodem turyści ze śląską rejestracją: „pochwalony”, „pochwalony”, „chcielibyśmy rozmawiać z ojcem”. A ojciec Zdzisław mówi: „słucham”, a oni do niego, że nie ma sobie żartować, bo oni chcieliby z ojcem rozmawiać. „To ja jestem”. „Proszę z nas nie żartować”. Ojciec Zdzisław mówi sobie „o wy jedne łotry”… poszedł, przebrał się, założył habit, wychodzi i mówi: „wierzycie?”. Uwierzyli. Ojciec Zdzisław opowiedział im historię kościoła. Kobieta na odjezdne wyciąga portfel. A ojciec Zdzisław – to cały ojciec Zdzisław – mówi: „nie, nie trzeba”, a w duchu mówi: „kobieto, nie chowaj tych pieniędzy, bo ja nie mam żadnych, wyciągnij jak największy banknot”. Ta pani wyciąga 2000 złotych, bo to były czasy, gdy to jeszcze były tysiące. On dalej mówi: „kobieto, zabierz te pieniądze, ja nie chcę”, a w duchu myśli inaczej. Dała mu te pieniążki, o. Zdzisław podziękował. Odwiózł wujka do domu, starczyło na benzynę i na powrót, i jeszcze później, żeby po wujcia pojechać.

Następna historia związana z woźnickim klasztorem. Ojciec Zdzisław poszukiwał bocznych ołtarzy, które były w tym klasztorze, a zostały pozabierane z tego klasztoru. Przychodzi ktoś i mówi „ja wiem, gdzie są te boczne ołtarze”. Ja mam na to pismo, że ten ksiądz to zabrał, ale prawdopodobnie te ołtarze były w Buku. Ołtarze te odzyskuje. Podobnie było z głównym ołtarzem. Ojciec Zdzisław dowiaduje się od ludzi, gdzie to jest, i dzięki temu może to wszystko sprowadzić z powrotem do Woźnik.

Skupia koło siebie młodzież woźnicką. Mówił zawsze „ja mam w Woźnikach 141 dusz”. By tę młodzież jakoś przyciągnąć, mieć z nimi kontakt, ułatwić im życie, dać im jakąś rozrywkę, w podziemiach klasztoru remontuje im pomieszczenie, w którym zakłada kawiarenkę, kupuje im lemoniadę, coca-colę, cukierki, herbatę, jakieś tam ciastka, i oni to sobie sami obsługują, ale o. Zdzisław mówi, słuchajcie, ja na początku wam kupiłem, żebyście mieli, ale jak coś tutaj będziecie sobie robili, wypijecie, bardzo proszę, włóżcie jakiś pieniążek, żeby było za co kupić, żeby zawsze to tu było. Młodzież stanęła na wysokości zadania i o. Zdzisławowi kładą te pieniążki, zamiast złotówki kładą dwa złote, tak że ta kawiarenka działa, są organizowane jakieś zabawy, spotkania. W ten sposób o. Zdzisław miał młodzież przy sobie i jakieś zadowolenie, że mógł tym ludziom coś dać.

Przychodzi do o. Zdzisława jakiś z Grodziska pan, rozmawiają. Ojciec Zdzisław opowiada o tym, co ma, co było, ale brakuje mu jeszcze naczyń liturgicznych. Ten pan mówi: „niech się ojciec nie martwi, bo u mnie w domu jest pismo podpisane przez księdza, który naczynia liturgiczne zabierał do swojego kościoła”. Ojciec Zdzisław z tym pismem jedzie, odbiera naczynia liturgiczne, z tym, że nawet prawdopodobnie sprawa oparła się o biskupa poznańskiego, bo były tam jakieś wątpliwości, ale o. Zdzisław wszystko odzyskuje.

Gdy o. Zdzisław udostępnił kościół, do jako takiego stanu doprowadził klasztor, potrzeba było zbudować drogę dojazdową, utwardzić ją, bo było błoto i nie można było dojechać do klasztoru. Umawia się z pracownikami, którzy pracowali na drodze, że oni przywiozą mu grysu. Któregoś dnia wcześnie rano, skoro świt, ktoś puka do bramy klasztornej. Ojciec Zdzisław w piżamie wstaje, a oni mówią: „ojcze, przywieźliśmy ojcu ten grys, żeby trochę wyrównać, tylko wie, ojciec, szybko. To zrobiliśmy tylko dla ojca, żeby to się nie wydało” – bo to wówczas były inne czasy – o. Zdzisław wskakuje z nimi do samochodu, jadą, pokazuje im, gdzie wysypać, oni odjeżdżają, a on mówi: „zawieźcie mnie z powrotem, bo ja jestem w piżamie”.

Zabiera się o. Zdzisław do remontu podziemi, robi porządki w piwnicy, gdzie są szczątki zmarłych, są trumny, i postanawia, że to miejsce będzie można w przyszłości odwiedzać, i dotrzymuje słowa.

Kilka razy byłem zapraszany przez o. Zdzisława, spałem w Woźnikach w klasztorze. Ludność okoliczna, widząc mój samochód, miałem wówczas żuka z napisem Dąbrowa, przychodzą do ojca i pytają, czy ktoś z rodziny przyjechał, my tu ojcu przywieziemy trochę jedzenia, bo tu ojciec nic nie ma, żeby nie wyglądało, że tu ojciec głoduje, to my coś przyniesiemy, żeby można było tego człowieka poczęstować. Później o. Zdzisław wytynkował kościół, były plany jego wzmocnienia, na czas remontu kościoła schował obrazy Męki Pańskiej do schowka przy kościele. Jak kościół został wyremontowany, pomalowany, o. Zdzisław zajrzał do tej komórki, a tam jedna pleśń na obrazach. Załamany, bo konserwator do którego się zwrócił, życzył sobie naprawdę bardzo dużo pieniędzy: na dzisiejsze pieniądze byłoby to w granicach 7–8 tys. złotych od obrazu za jego renowację, ale przyjeżdżają turyści. Ojciec Zdzisław opowiada, co się stało, jaki ma problem a jeden z nich mówi: „wie ksiądz, ja jestem ze związku artystów plastyków i to nie trzeba żadnego konserwatora, po prostu niech ojciec kupi spirytus, weźmie wacik i spirytusem tę pleśń zmyje. Potem jest potrzebny taki środek w areozolu, który nazywa się „Rembrandt”, którym potem po oczyszczeniu spirytusem należy obraz zakonserwować, żeby nie zawilżał się i nie dostawał tej pleśni na nowo”. No tak. Kupić spirytus, ale skąd, wódka na kartki, a co dopiero spirytus. Ojciec Zdzisław chodzi struty, co ma zrobić, idzie do skarbonki, która jest w kościele, otwiera skarbonkę a tam 200 marek. Ojciec Zdzisław mówi: „Panie Boże, wybacz, że to na wódkę, ale dla twojego dobra”. Pojechał, kupił spirytus, wymył, no i teraz do Poznania do sklepu artystów plastyków, jest kolejka, i mówi, że potrzebuje ileś tam opakowań tego „Rembrandta” w areozolu. „Proszę legitymację przynależności do związku”. „Jaką legitymację?” „No to jak chce pan to kupić”. Ojciec Zdzisław był po cywilnemu. Ojciec Zdzisław mówi, ja jestem księdzem w Woźnikach i potrzebuję obrazy tym zakonserwować. Bez legitymacji ona nie może sprzedać. Ojciec Zdzisław załamany wychodzi, a ktoś za nim idzie, puka go po ramieniu i pyta „ ile ojciec tego potrzebuje?”. No ileś tych opakowań. Niech się ojciec nie martwi, ja należę do nich, kupię i przywiozę. W ten sposób o. Zdzisław miał odnowioną Drogę Krzyżową.

Organy, które są w waszym kościółku, miały przyjść z Filharmonii z Poznania, nie wiem, czy dotarły? Ksiądz z Poznania, od którego ojciec dostał samochód, obiecał, że te organy z filharmonii dotrą, ale nie wiem, czy to tak się stało czy nie. Ojciec Zdzisław, idąc do Woźnik, był przekonany, że tam zostanie do kresu swoich dni. Ja wiem, że u was są wybory, jesteście przenoszeni po trzech latach na nowe miejsce. Ojciec Zdzisław był tam prawdopodobnie 9 lat. Po tym czasie zostaje przeniesiony. To go w jakiś sposób załamało. Ojciec Zdzisław choruje. Był bardzo zżyty z Woźnikami i z tym, co tam zrobił. Chyba nie umiał się z tym pogodzić. Ojciec Zdzisław jest pochowany w Jarocinie w kwaterze zakonnej. Niech Bóg będzie dla niego litościwy, bo takich ludzi, franciszkanów jak on, jest mało. Był to ktoś, kto poświęcił się Bogu, był to ktoś, kto wiedział, czego w życiu chce. Dziękuję Bogu, że mogłem poznać kogoś tak wielkiego.

Ojciec Zdzisław Regulski OFM – pierwszy woźnicki gwardian –
wspomnienia p. Ewy Marii Osoby z Granowa

Od czasów kasaty pruskiej w 1836 roku, kiedy to ostatnim przełożonym woźnickiego klasztoru był Jan Chryzostom Chrzeliński, Woźniki chyliły się ku upadkowi. Klasztor po II wojnie światowej opuszczony, z walącą się wieżą w latach siedemdziesiątych minionego wieku przedstawiał opłakany widok. Zaglądając przez szpary, można było zobaczyć porozrzucane siano, jakieś maszyny… Wyglądało to na opuszczony magazyn. Zainteresował się tym klasztorem w połowie lat siedemdziesiątych minionego stulecia ks. Hieronim Lewandowski, kanonik ze Wzgórza św. Wojciecha w Poznaniu. Był pasjonatem, hodował tu piękne i rzadkie odmiany róż, niestety zdrowie i wiek nie pozwoliły mu na podjęcie poważnych prac, zapał miał, ale sił brakowało… Kuria przekazała klasztor Prowincji Franciszkańskiej 11 czerwca 1978 roku. Opuszczone wzgórze Wyrwał dostało gospodarza. Pierwszym woźnickim gwardianem był ojciec Zdzisław Regulski. Począwszy od lata 1978 roku, klasztor z każdym dniem zaczął odzyskiwać coraz piękniejsze oblicze. Chyba sami pomysłodawcy osadzenia ojca Zdzisława na Wyrwale nie wierzyli w to, czego ten skromny, pogodny, pracowity i niezwykłej pomysłowości człowiek dokona. Jeśli rozważać znaki Opatrzności Bożej nad światem, to przykładem bezspornym ogromnego znaku łaski jest ojciec Zdzisław. Mądrość wspólnoty franciszkańskiej osadziła w tym miejscu nie tyle twórcę znakomitości woźnickiego klasztoru, ale ośmielę się nazwać – cudotwórcę. Każdy dzień owocował nowymi działaniami i tak małymi krokami, konsekwentnie ojciec Zdzisław zmieniał oblicze wzgórza Wyrwał, Syn Świętego Franciszka odbudowywał kościół. Działał z taką pasją, jakby wszystko, cokolwiek robił, zależało tylko od niego – jednak Bogu ufał bezgranicznie i nigdy się nie zawiódł. Radość, zapał, pogoda ducha, z jaką remontował świątynię, była zaraźliwa. Pojawiali się zupełnie obcy ludzie, spełniali swoją misję i odchodzili. Nic nie działo się w jego życiu przypadkiem, każde spotkanie niosło owoce. Woźniki wracały do życia. Pierwszy ołtarz miał charakter polowy a raczej leśny. Zbudowany był z brzozowych pni, ławki też były z przepołowionych pniaków, bez oparć. Mimo wszystko coraz więcej ludzi zaczęło odwiedzać klasztor. Zapytany kiedyś przez brata Atanazego, „czy w Woźnikach straszy?”, z rezonem odparł: „owszem, straszy, brakiem pieniędzy”.

To, czego dokonał w sensie materialnym, trwa udoskonalane przez jego następców. Wspominając ojca Zdzisława, należy powiedzieć słów kilka o jego duszpasterstwie. W kontakcie z ludźmi uprzejmy, elegancki, miły, skupiony na człowieku i jego problemach. Obdarzony poczuciem humoru potrafił dawać nadzieję. Był urodzonym rekolekcjonistą. Z wielką gorliwością, sumiennością i oddaniem głosił Słowo Boże. Kiedy stał przy ołtarzu, było widać, że dźwiga ogromną odpowiedzialność płynącą z powagi misterium. Wymagając od siebie wiele, wymagał od innych. Potrafił przykuć uwagę słuchaczy. Pamiętam go skupionego na modlitwie. Umiał wypraszać u Najwyższego łaski, umiał też pięknie dziękować. Wyzwalał najlepsze odruchy serca u innych.

W pamięci mojej i zapewne wielu wiernych, którzy uczestniczyli w jego pożegnalnej Mszy Świętej, pozostały słowa skierowane do nas przez ojca: Byłem tu osiem lat, potem wyliczył miesiące, tygodnie dni i godziny… Tak żegnał się z ludźmi, z miejscem, które ukochał i któremu dał tak wiele, dał swój dar najcenniejszy – czas, siły i miłość.

Ewa Maria Osoba


Wspominają p. Jan i Henryka Woźniczakowie

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z o. Zdzisławem. Było to w pewien, upalny, czerwcowy dzień. Wracaliśmy z obiadu. Towarzyszył nam czarny piesek, który uwielbiał jeździć z mężem powózką. Ojciec Zdzisław, podszedł do mnie, przywitał się, przedstawił się, że jest franciszkaninem, przełożonym tutejszego klasztoru, przysłanym by go odbudować i będzie tutaj pracował. Zwracając się do mnie powiedział: Widząc tu tego sympatycznego psa, domyślam się, że pani jest żoną kierownika?! Tak zaczęła się nasza znajomość z o. Zdzisławem.

Był człowiekiem otwartym, sympatycznym i szukał ludzi, którzy by mu pomogli w odbudowie kościoła i klasztoru. Przyszedł z zewnątrz. Nie znając środowiska trudno było mu w nim się na początku odnaleźć. Miał coś w sobie, że nie sposób było mu odmówić pomocy, wskazać gdzie i jak może pozałatwiać pewne sprawy, do kogo warto by się udać, na kogo może liczyć, czy ktoś rzeczywiście może mu pomóc? Klasztor w pierwszych latach pobytu o. Zdzisława klasztor nie posiadał telefonu. Kiedy potrzebował korzystał z naszego, jedynego i to służbowego telefonu w wiosce. Starsi będą pamiętali jak trudno było gdziekolwiek się wówczas dodzwonić. Rozmowę zamiejscową należało zamawiać przez centralę w Granowie. Od pani na centrali zależała szybkość uzyskania połączenia. Czasami trzeba było czekać godzinę, dwie a nawet i więcej. Dzwonił najczęściej do kurii prowincjalnej w Katowicach. Relacjonował przebieg prac a rozmowę kończyła prośba o wsparcie materialne. Miłymi, uprzejmymi słowami, żartem starał się przekonać panią z centrali o konieczności szybkiego połączenia, gdyż dzwoni od państwa Woźniczaków, którzy z nim w końcu nie wytrzymają skoro tak nieustannie będzie im zabierał tak wiele cennego czasu. Zamawianie rozmowy kończyło się zawsze słowami: Czy pani nie byłaby tak uprzejma by połączyć mnie jak najszybciej? A od siebie dodawał: połącz mnie kobieto szybko, bo nie wiem ile razy będę musiał jeszcze dzwonić by zastać prowincjała!

O. Zdzisław umiał dużo spraw pozałatwiać uśmiechem, żartem, prostotą i pokorą, czym sobie zjednywał ludzi, zdobywał ich sympatię i poważanie. Żył bardzo skromnie. Podziwialiśmy jego poświęcenie i pracowitość. Gdy współczuliśmy mu odpowiadał, że przesłano go tutaj z zadaniem odbudowy kościoła i klasztoru.

Śmiał się gdy brakowało pieniędzy, zawsze zwracał się do św. Antoniego: "Święty Antoni pomóż". Po czym szedł zobaczyć czy czegoś nie ma w skarbonce i zazwyczaj znajdował coś, na tyle, że pozwalało mu przetrwać kolejny tydzień. "święty Antoni, dzięki" mówił za tydzień będę myślał co dalej? Czuł naprawdę nad sobą opiekę św. Antoniego.

Jako gospodarstwo pomagaliśmy mu jak potrafiliśmy. Służyliśmy sprzętem przydatnym przy budowie. Chętnie pomagali mu nasi pracownicy. Brał od nas transport. Było to ryzykowne, bo mogło komuś się to nie podobać, czy mógł ktoś donieść ale aż tak bardzo się nie baliśmy. Byliśmy przekonani, że służymy dobrej sprawie, o. Zdzisławowi należy pomóc i robimy to dla dobra wioski. W czym mogliśmy pomagaliśmy zawsze. Dziękował i zapewniał nas, że będziemy zapisani w klasztornej księdze dobrodziejów. Nawieźliśmy z gospodarstwa dużo ziemi, wydobytej przy kopaniu fundamentów, dzięki czemu można było poszerzyć przestrzeń wokół kościoła.

O. Zdzisław uprawiał ziemię. Dzierżawił ją z naszego PGR-u. Zaproponowałem o. Zdzisławowi żeby ją obsiał ,zebrał, sprzedał i miał pieniądze. Ponieważ się na tym nie znał mówił: "wiesz, zrób to ty, bo ty się na tym znasz, zrobisz to dobrze". "Dobrze ale po warunkiem, że jak kombajn przyjedzie zbierać, to ojciec będzie na polu z kartką i długopisem dozorował pracę". Pomogliśmy mu to zasiać, pielęgnować, a gdy przyszły żniwa, o. Zdzisław w białej koszuli, z białą czapką na głowie i długopisem w ręku zapisywał ilość worków. Cieszyliśmy się, że coś z tego będzie miał na dalsze prace.

Były bardzo trudne czasy. o. Zdzisław dużo jeździł, były trudności z kupnem paliwa, pomagaliśmy mu załatwiać dodatkowe kartki na paliwo.

Z wydarzeń pamiętam wypadek jaki miał na drodze między Kotowem a Ptaszkowem. Jechał na spowiedź wielkanocną, wpadł w poślizg ale tak szczęśliwie, że samochód przejechał między dwoma drzewami i po za małym wgnieceniem nic wielkiego się nie stało. Wyszedł bez żadnych obrażeń, ktoś mu pomógł w ściągnięciu samochodu na szosę. Był w takim szoku, że zapomniał podziękować swemu dobroczyńcy. Po tym wszystkim gdziekolwiek głosił rekolekcje, czy w zastępstwie odprawiał Msze św. dziękował publicznie temu kto mu pomógł. Może właśnie był w tym kościele a może w kościele byli jego sąsiedzi, czy znajomi, którzy przekażą mu słowa wdzięczności. Bywał u nas często. Bywało, że nawet 2 lub 3 razy dziennie. W związku z odbudową miał zawsze dużo spraw do pozałatwiania. Czasami wpadał na chwilkę, podzielił się nowinami, opowiedział jakąś anegdotę, dowcip, powiedział kilka miłych słów i szybko uciekał. Najczęściej było to gdy skądś wracał, dzielił się zasłyszanym kawałem a żegnając się mówił: "na dziś tyle, jutro coś nowego wam przywiozę". We wspomnienie św. Marty zaprosił wszystkie gospodynie na Mszę św. Przed Msza św. stanął na placu i co która przychodziła wyznaczał jej służenie, czytanie, itd. Dwie panie zostały ministrantkami, pani Stefaniakową wyznaczył do zbierania składki. Po Mszy św. niespodziewanie poprosił panią Stefaniakową o kolację i oświadczył, że wystarczy mu chleb ze smalcem.

W 1981 r. 9 dzieci trzeciej klasy szkoły podstawowej z naszej wioski przystąpiły w kościele klasztornym do Pierwszej Komunii św. Przygotowanie odbyło się w klasztorze. Był to pierwszy i jedyny raz. W uroczystości wziął udział ptaszkowski proboszcz ks. Marek Maćkowiak.

W październiku zaprosił wszystkie dzieci z wioski do odmawiania różańca. Podzieliliśmy dzieci na grupy, do każdej dziesiątki było 1 dziecko. I codziennie dzieci prowadziły różaniec. Nasza mająca wówczas 5 lat Agata, uparła się, że też będzie mówiła różaniec. Byłam przeciwna uważając, że jest za mała, czując, że coś z tego wyniknie. Ale poparł ją o. Zdzisław, który zadecydował: "niech mówi". Widziałam jak odważnie wzięła mikrofon, głośno i wyraźnie odmówiła Zdrowaś Mario, tak, że aż dudniło w kościele a zakończyła wybuchem śmiechu! Można sobie wyobrazić moje zdenerwowanie. Po nabożeństwie o. Zdzisław wychodzi i mówi: "tylko nic jej złego nie zróbcie, bo to była jej pierwsza modlitwa w kościele".

Kiedyś jechał na pogrzeb. Popsuł mu się samochód akurat na wysokości naszego domu. Przyszedł byśmy pożyczyli mu nasz samochód. Swój zostawił a pojechał naszym samochodem. Za jakiś czas ktoś puka, otwieram i wchodzi 3 postawnych mężczyzn pytając czy jest o. Zdzisław tutaj. Byłam zaskoczona i podenerwowana ale szybko się wyjaśniło, że są to trzej ojcowie z Katowic. A widząc samochód ojca Zdzisława przed naszym domem tu go zaczęli szukać.

Był bardzo otwartym na ludzi. Miał pogodną naturę. Obce było mu narzekanie czy biadolenie. Był niezwykle pracowity, nigdy się nie oszczędzał. Ludzie przyjęli go bardzo życzliwie, zadowoleni, że wreszcie będą mieli na miejscu kościół. Pomagali mu na różny sposób. Często był zapraszany na obiady czy kolacje. Był częstym gościem na uroczystościach rodzinnych jak imieniny, wesela. Zawsze też coś dostawał ze świniobicia. Z gospodarstwa otrzymywał codziennie 2 litry mleka, z którego miał śmietanę, robił twaróg. Dzięki życzliwości czyli jak się wówczas mówiło "po znajomości" udało się podłączyć klasztor do naszego wodociągu rozwiązując tym samym problem z wodą. Woda ze studni klasztornej była niezdatna do picia. Pitną musiał przywozić w baniakach. Ludzie chcieli by jak najszybciej się zagospodarował i miał godne warunki do życia.

Na początku o. Zdzisław był sam, prowadził życie niemal pustelnicze. Potem przyszedł br. Kazimierz, w końcu wraz z przybyciem z Jarocina pani Tereni normalnie zaczęła funkcjonować kuchnia. O. Zdzisław wprowadził także zwyczaj święcenia pojazdów w dzień św. Krzysztofa. Nikt o tym tu nigdy przedtem nie słyszał. Kiedyś przyszedł do nas mówiąc: "będę święcił pojazdy teraz, 25 lipca, we wspomnienie św. Krzysztofa. Wyślę zaproszenie do wszystkich parafii dekanatu Grodziskiego". Odzew był niezwykły. Nawet sam o. Zdzisław nie spodziewał się tylu samochodów! Drogi dojazdowe, łąki były zastawione samochodami. Przyjechali nawet ludzie z Poznania. Tak było przez 2-3 lata. Później proboszczowie poszli w jego ślady i zaczęli święcić samochody we własnych parafiach.

Wprowadził też procesję Bożego Ciała. W czwartek procesja odbywała się w parafii a w niedzielę w klasztorze. Dopóki klasztor nie było dbudowany, procesja szła wokół kościoła do czterech ołtarzy. Potem procesja schodziła na plac przed kościołem i niżej tak gdzie dzisiaj jest parking. Jeden ołtarz ubierali ojcowie, drugi matki, następny ministranci, a ostatni młodzież. Potem procesja szła do wioski. Ostatni raz Boże Ciało odbyło się we Woźnikach w 2003 r.

Na Mszach śpiewały trzy dziewczyny z Szewc-Zgody: Basia, Dorota i Emilka a potem z nimi śpiewał jakiś chłopak. Miał też ministrantów. Do Mszy św. służyli chłopcy od Stefaniaków, Grzelaków, chłopak od Krzyżanków, Marian, Darek, Przemek Janeccy.

Miał dar łatwego nawiązywania kontaktów z ludźmi. Umiał też przekonywać. Jadąc samochodem wszystkich pozdrawiał skinięciem ręki, uśmiechem. Zabierał z przystanku osoby czekające na autobus. Kiedyś wracając z Kościana podjechał na przystanek mówiąc, że jedzie do Grodziska. Zabrała się pani za zlewozmywakiem. Szybko nawiązał z nią rozmowę. Okazało się, że wraca do domu. Podziwiała jego odwagę zabierania nieznanych przecież ludzi z przystanku. Na co o. Zdzisław oświadczył, że jako stary kawaler niczego się nie boi, bo nic nie ma do stracenia. Zawiózł ja na wskazana ulicę, pod sam dom, pomógł wyładować zlewozmywak. Przygodna pasażerka wieloma miłymi słowami wyraziła swą wdzięczność dla tak uprzejmych i trudnych do znalezienia w dzisiejszych czasach bezinteresownych ludzi. Kończąc rozmowę w niedwuznacznych słowach chciała się umówić na spotkanie. "Jeśli chce się pani ze mną spotkać - odpowiedział o. Zdzisław, to zapraszam do Woźnik. Jestem tam księdzem. Można się wyspowiadać, wziąć udział we Mszy świętej". Zmieszała się, zrobiła duże oczy i przeprosiła za zbyt frywolny sposób prowadzenia rozmowy.

Ojciec Zdzisław zapisał się w naszej wdzięcznej pamięci jako gorliwy kapłan, nie lękający się pracy fizycznej, otwarty na ludzi, pełen humoru, który pomimo trudności nigdy się nie skarżył i nie narzekał. Kiedy ktoś zapukał do drzwi klasztor nawet późną porą, zawsze służył spowiedzią, dobrym słowem oraz radą. Przepraszając go za kłopot i dziękując mu odpowiadał z uśmiechem: "przychodźcie nawet w nocy, ja od tego tu jestem, to ja służę Bogu i ludziom".

Ostatnie spotkanie z o. Zdzisławem miało miejsce trzy dni przed jego śmiercią. Przebywając na rekolekcjach w klasztorze w Poznaniu, przyjechał do klasztoru do Woźnik. W drodze powrotnej wstąpił do nas. Był bardzo zadowolony z postępu wykonanych prac w kościele i klasztorze. Żegnając się z nami w ten ciepły, majowy wieczór podziwiał przed domem kwitnąca akację i rzekł: "jak tutaj pięknie". Wymachując ręką na pożegnanie powiedział do nas ostatnie słowa: "Do zobaczenia". Za parę dni pojechaliśmy na jego pogrzeb do Jarocina...

Henryka i Jan Woźniczakowie


Wspomnienia sióstr: Basi, Doroty i Emilii z Szewc

Późną jesienią bez żadnego ważnego powodu z tatą pojechałyśmy do Woźnik. Najmłodsza z nas Emilka miała wówczas 8 lat, Basia 10 a Dorotka 13. Ojciec Zdzisław, w sandałach na bosych nogach a było już zimno przywitał nas niezwykle miło słowami: „wszystkie ptaki od rana mi o was ćwierkały”. Byłyśmy dziećmi i tak dziecięco pomyśłałyśmy, że może na prawdę w tak uświęconym i niezwykłym miejscu ptaszki o nas mówiły.

To co zastałyśmy trudno było nazywać kościołem i klasztorem. Ołtarz był zrobiony z pnia drzewa, podobnie ławki i krzyż. Wszystko nadawało się do generalnego remontu: okna bez szyb, dziury w ścianach, odpadające tynki. Ojciec Zdzisław mieszkał w spartańskich warunkach. Skrzypiąca podłoga, grube, ciężkie mury przyprawiały nas często o drżenie.

Ojciec Zdzisław był człowiekiem niezwykłym, obdarzony osobistym urokiem jednającym ludzi i pozwalającym na zgromadzenie sił i środków potrzebnych do odbudowy kościoła i klasztoru. Odbudowa była długa i trudna.

Odkąd zamieszkał w Woźnikach, zaczął regularnie odprawiać Msze św. Ponieważ w Woźnikach nie było organ, o organiście nawet nie wspominając, często grałyśmy na Mszach świętych. Najpierw grałyśmy i śpiewałyśmy co dwa tygodnie na niedzielnych popołudniowych Mszach świętych a potem w każdą niedzielę.

Dzięki o. Zdzisławowi, zagubiony wśród lasów kościół i klasztor stał się miejscem wyjątkowym. Coraz więcej wiernych tu przyjeżdżało na Msze św. Kiedy miałyśmy problem jakie pieśni zagrać, ojciec Zdzisław by nas pocieszyć mówił, że znał organistę, który na Boże Narodzenie zagrał „Twoja cześć chwała” i było dobrze.

Ojciec Zdzisław lubił kiedy śpiewałyśmy piosenkę religijną: „Jezus przez życie mnie wiedzie, daje mi silne swe dłonie, kroczy przede mną na przedzie i drogę toruje mi wciąż”. Myślimy, że dawała mu dużo siły do pracy i codziennego życia.

Ojciec Zdzisław jak go wspominamy miał u palca lewej ręki długi paznokieć. Podczas liturgii słowa, w czasie kazań miał zwyczaj zawieszania głosu, podnoszenia w górę owego palca z długim paznokciem i wypowiedzenia słów „no właśnie”, „a więc właśnie”. Często żartował, ze paznokieć to właściwie służy mu do wydłubywania w nosie.

W burzliwych latach osiemdziesiątych ojciec Zdzisław w każdą niedziele komentował jakąś ciekawszą jego zdaniem wiadomość z dziennika telewizyjnego. Szczególne upodobanie miał do ówczesnego rzecznika rządu p. Jerzego Urbana. Wszyscy na to wystąpienie o. Zdzisława czekali. Czynił to w sposób zawsze sympatyczny, bez prześmiewania się ale wytykając wszelkiego rodzaju niedorzeczności. Wielu ludzi specjalnie na przyjeżdżało by wysłuchać opowiedziane lekko i z finezją komentarze o. Zdzisława.

Przypomina się nam inne wydarzeni. Podczas Mszy św. kiedy śpiewałyśmy, usiadł na księdze liturgicznej duży szerszeń. O. Zdzisław zrobił się cały fioletowy, powstrzymał oddech. Szerszeń uszedł z życiem a potem my musieliśmy do tego pulpitu podchodzić i śpiewać ale chyba Duch św. czuwał.

Zazwyczaj do kościoła zajeżdżałyśmy na ostatnią chwilę. Trudności wynikały z tego, że uczyłyśmy się, pracowałyśmy i trzeba było pokonać 10 kilometrów naszą starą i lubiącą psuć się szkodą. Pewnego pięknego dnia jak miałyśmy to w zwyczaju zajeżdżamy w ostatniej chwili a miałyśmy grać na ślubie. A o. Zdzisław gdzieś w górze na rusztowaniu gdy nas spostrzegł przeraził się: „to już ta godzina!” – pewne młoda para już jedzie”. I rzeczywiście na podjeździe do klasztoru wyłonił się samochody z młodą parą i gośćmi weselnymi.

Ojciec Zdzisław pracował ciężko fizyczne. Mimo nieposiadania wykształcenia budowlanego nadzorował budowę. W klasztorze przebywał wówczas także brat Kazimierz Sznajder, który się użalał i narzekał, że mu ciężko: „o. Zdzisław buduje a mnie każe tylko drogę równać”. Faktycznie droga była straszna. Nie było betonowych płyt, droga była wysypana żużlem i rzeczywiście trzeba było ciągle wyrównywać powstające dziury. Udawał też święte oburzenie, kiedy w żartach o. Zdzisław oskarżał brata Kazimierza o podbieranie wina.

Szkoda, że wielu ludzi go znało, lubiło i ceniło o. Zdzisław nie został tu pochowany. Z Woźnikami był przecież związany tyle lat. Oddał swoje siły i serca dla tego klasztoru i kościoła.

Do Woźnik dojeżdżałyśmy starą szkodą. Najstarsza z nas Basia, po ukończeniu 16 lat miała prawo jazdy. Były to lata kłopotów z paliwem, które było na kartki. O. Zdzisław by mogliśmy dojeżdżać załatwiał nam paliwo. Otrzmywałyśmy paliwo, jak pamiętamy w litrowych butelkach po wodzie grodziskiej. Miało to swój plus, gdyż łatwo się z butelek nalewało do zbiornika.

Pamiętamy jak pierwszy okres mieszkał w zakrystii. Pomieszczenie nie było ogrzewane a warunki były iście spartańskie.

Pan Marek, mąż Basi wspomina swoje pierwsze spotkanie z o. Zdzisławem: „Uczyłem dziewczyny gry na gitarze i śpiewu. Przygotowywaliśmy program ogólny na jakieś konkursy, np. na festiwal piosenki radzieckiej w Zielonej Górze. Oprócz tego na ich życzenie przygotowywałem z nimi repertuar pieśni i piosenek kościelnych. Z okazji jakiejś większej uroczystości dziewczyn namówiły mnie bym pojechał z nimi zagrać do Woźnik. Nie było jeszcze wówczas obecnego klasztoru a o. Zdzisław mieszkał w zachowanym fragmencie starego klasztoru. Podchodzimy a tam ojciec coś porządkował. Gdy nas zobaczył, przerwał pracę, podszedł do nas, dziewczyny mnie przedstawiły, że jestem instruktorem a o. Zdzisław mnie wypytuje, co robię, gdzie mieszkam, czy mam rodzinę... Mówię, że jestem wdowcem. Spojrzał na mnie przenikliwie i coś mi powiedział. Nie zapamiętałem słów. Specjalne mnie nie wypytywał. Podszedł, ujął mnie, objął, przytulił. Było w tym geście coś niezwykle serdecznego, co dodało mi sił i otuchy. Inne wspomnienie związane z Woźnikami. Pojechałem kiedyś, a było to późną jesienią konno do Woźnik, Padało, więc siebie i konia przykryłem wielką peleryną. Pamiętałem, że dawnymi czasy do Woźnik ludzie przyprowadzali chore zwierzęta szukając dla nich tam uleczenia a koń na którym jechałem kulał. Przybyłem pod wieczór a musiałem wyglądać tak niesamowicie, że jakiś starszy zakonnik który spojrzał na mnie z okna zaraz się gdzieś schował. A mój koń od tego czasu ozdrowiał.

Do Woźnik przyjeżdżałyśmy regularnie. Kiedy wyremontował chór organowy, kazał nam tam grać i śpiewać ale trwało to krótko. Pewnego jednak razu, gdy przyjechałyśmy mówi nam, kategorycznym nie znoszącym sprzeciwu głosem: „złaźcie z chóru dziewczyny”. – „Ale, proszę ojca, co się stało?” Wierni mi mówią, że chcą nie tylko nacieszyć ucho ale także i oko”. I odtąd znowu grałyśmy przy ołtarzu, po lewej stroni patrząc od strony kościoła. Z dołu się nawet lepiej śpiewało, gdyż pozbawiony wówczas jeszcze ołtarzy woźnicki kościół miał wówczas dobrą akustykę. Pamiętamy, że nie było wówczas jeszcze w kościele nagłośnienia.

Basia, Dorota i Emilka